drzwi-do-nikad blog

Twój nowy blog

W paru filmach już widziałam, jak kobieta chcąc dopiec partnerowi przy rozstaniu mówi:
Wszystkie moje orgazmy były udawane.

Zastanawiam się, co w odwecie mógłby powiedzieć facet…. bo przecież nie to samo:-).

Wszystkie prezenty dla ciebie były z przeceny? :-)

Jak myślicie?


Na początku ból był nieznaczny, prawie niezauważalny… a jednak wyraźny. Zdawał się on przyczajony w niewielkim zakątku ciała, jak jakaś mała obca istota, która niepostrzeżenie, a zarazem przecież tak brutalnie wdarła się do wnętrza. Przykre uwieranie, chociaż doświadczane tylko w jednym miejscu, w tajemniczy sposób promieniowało na cały organizm. Każda uciśniona komórka przesyłała bolesny impuls do sąsiedniej, coraz dalej i dalej, podnosząc alarm generalny.

Pomimo zmobilizowania wszystkich sił obronnych, bólu było coraz więcej. Przypominał o sobie z każdym najdrobniejszym ruchem. Zdawał się powoli zawłaszczać kolejne kawałeczki ciała. Coś najwyraźniej było nie tak… Bardzo nie tak.

Nawet najcieńsze tkanki zostały postawione w stan najwyższej gotowości. kuliły się, drżały, zaciskały się, puchnęły…

Wszelkie lecznicze enzymy wyciekały z nich jak łzy. Delikatny organizm pozostawał jednak bezbronny.

Coraz mniej było miejsca na wrażenia płynące ze świata, tak jakby ból stopniowo zagarniał zmysły, choć może zagarnianie to zbyt delikatne określenie.

Szarpał je, ściskał, dusił, zwijał w bezradne kłębuszki i pożerał, aż nie zostało już nic.

Nic , oprócz bólu, który rozlewał się już po całym wnętrzu przenikliwie pulsującymi falami. Wreszcie zalał wszystko.

Bolało w środku, bolało zwierzchu, bolało na zewnątrz… bolał cały świat.

Ciało nieskończenie długo trwało uwięzione między jedną siłą, która dusiła, a drugą, która rozrywała je od środka.

Aż w końcu stał się cud.

Świat pęknął na pół, a wraz z nim rozpadł się ból. Zniknęło wszystko – uwieranie, kłócie, szarpanie… Wszystko rozpłynęło się w kojącej pustce. Komórki rozpłynęły się na wszystkie strony.

Pozostała tylko wielka rozpołowiona muszla

i jedna z największych pereł na świecie.    

Hmmm Ciekawa jestem czy ktoś tu jeszcze zagląda…


Czekała od pięciu minut. Ekscytujących minut, wypełnionych po brzegi marzeniami.

Znała dobrze smak takiego oczekiwania. Ten nieco przyspieszony oddech, kiedy powietrza jest ciągle za mało, ale trudno zaczerpnąć go głębiej.

Dłonie, które jakby spłoszone, nie mogły zdecydować czy wolą kurczowo coś chwycić czy plątać palce w tych nerwowych poszukiwaniach bez celu.

I to lekkie mrowienie na wargach, kiedy jest nadzieja, ale brak pewności czy rzeczywiście zaraz można się będzie szerzej uśmiechnąć…


Czekała od piętnastu minut. Niespokojnych minut, pełnych napięcia jak naciągnięta do granic możliwości struna.

Im bardziej próbowała ominąć szerokim łukiem swoje wątpliwości, tym silniej i bezczelniej rozpychały się one pośród jej myśli.

Nie pomagało już w ich przegnaniu bezustanne bawienie się włosami, wbijanie paznokci w niczemu nie winną skórę… Próbowała je nawet wytrząsnąć z siebie, stukając stopą o murek, a wszystkimi palcami bębniąc po ławce. Na próżno.

Pytania zdawały się wwiercać w jej umysł. Półuśmiech ściągnął się w wyraz posępnej zadumy, a wszystkie jakże przyjemne przed chwilą doznania, zostały ściśnięte

w niewielką, ale tak trudną do przełknięcia grudkę niesmaku.

No tak. Przecież można było się tego spodziewać od razu! Anonimowy list, proponujący spotkanie z tajemniczym nieśmiałym wielbicielem… Bzdura! Głupi kawał!

Ale może jeszcze…?

Czekała dwadzieścia pięć minut. Bezlitośnie dłużących się minut, cholernych, pieprzonych dwadzieścia pięć minut pełnych rozczarowania i wstydu.

Przygryzała wargi, niedawno gotowe na uśmiech. Ramiona przed chwilą czekające jeszcze na otwarcie się, teraz były ciasno splecione, jakby w tym uścisku próbowały się nawzajem pocieszyć. Oddech przygnieciony ciężarem na sercu, zdawał się prawie zatrzymać.

Ten obronny bezruch nie powstrzymał jednak dwóch kropelek, które wbrew wszelkim zaciskom silnej woli, wymknęły się i znalazły drogę spod powiek na policzki. Bezczelni, przekorni słoni i mokrzy zdrajcy! Nie mogła im pozwolić siebie wydać.

Zwinęła się gwałtownie w kłębek, okrywając rękami głowę, jakby próbowała się schować w sobie samej. Chciała tak przetrwać do momentu, w którym będzie mogła wstać i pójść dalej, jak gdyby nic się nie stało. No…. bo w końcu przecież właśnie nic się nie stało. Nikt nie przyszedł, nie ma tematu.

Wtedy poczuła na swoim ramieniu coś, czego już przestała się spodziewać. Ciepła dłoń pojawiła się tak nieoczekiwanie, że zaskoczenie swoją falą rozmyło smutek

i złość. To nie było zwykłe ciepło. Nie była to także zwyczajna dłoń.

Gorący dreszcz przeszedł ją od ramion, po końce palców. Ciało zwinięte w kłębek, mimowolnie rozluźniło się pod kojącym dotykiem. W tym dotyku było wszystko.

Czułość kochanka, wsparcie przyjaciela, troska matki… i ta zmysłowość, z jaką palce delikatnie, jakby niechcący przesunęły się po jej plecach.

To mogła być tylko jego dłoń! Wszystko na to wskazywało – nieśmiałość, ale za razem pewność, czułość i siła, lekkie drżenie i to niesamowite ciepło bijące od niej, które wypełniło ją już całkowicie… Tak dotykać mógł tylko tajemniczy autor listu. Ahh… Jeżeli mówi w taki sam sposób jak dotyka…. A jak może wyglądać?

Jej podniesionym oczom ukazał się staruszek, który jedną rękę jeszcze trzymał na jej ramieniu, a w drugiej znajdowała się smycz psa, z którym najwyraźniej przyszedł na spacer do parku.

-Przepraszam czy dobrze się pa            ni czuje? Nie trzeba nikogo wezwać?

Wracała do domu z natłokiem myśli i mieszaniną rozmaitych emocji. Sama zdawała się sobie podzielona na dwie części. Jedna ciągle czuła smutek. Ale już nie

w związku z autorem listu, który się nie pojawił. Czuła żal po tych wszystkich chwilach, w których obejmując różne osoby, tak naprawdę przytulała się do własnej wyobraźni. nigdy wcześniej tak wyraźnie nie zdawała sobie z tego sprawy.

Z drugiej strony czuła ulgę, a nawet lekkie rozbawienie. Przede wszystkim jednak pewność, że teraz dużo lepiej odróżni wrażenia płynące z jej własnych marzeń,

od tych docierających z rzeczywistości.


Syzyf wiedział, że ten dzień z pewnością będzie inny niż wszystkie poprzednie dziesiątki tysięcy dni, które spędził w Tartarze.

Poprzedniego wieczoru dotarła do niego wiadomość, że Zeus dzięki jego codziennym błaganiom o litość wreszcie postanowił złagodzić mu karę. Tego dnia Syzyf miał zwrócić szczególną uwagę na moment, kiedy kamień będzie znajdował się prawie na szczycie góry… Tak, właśnie ten bolesny moment, kiedy kamień zawsze musiał się wyślizgnąć, wywołując ten sam łomot i tą samą niezmienną falę rozczarowania.

Czuł, że tego dnia wszystko będzie inne, chociaż jeszcze bał się uwierzyć w swoje szczęście.

O jakże lekko było wchodzić tym razem pod górę, która wydała się jakby mniej stroma, tak samo jak kamień zdawał się nieco lżejszy i miększy. Odwieczny pokutnik czuł jak rozpiera go energia, intensywniejsza z każdym krokiem.
Im bliżej wierzchołka góry się znajdował, tym bardziej jego ruchy nabierały lekkości. Oczy błyszczały, a wokół serca, które zdawało się być od tysiącleci źródłem jedynie bólu, odczuwał nigdy jeszcze wcześniej niezaznane ciepło i przyjemne drżenie.


I wreszcie znalazł się jeden krok od miejsca, w którym miał umieścić narzędzie swojej pokuty. Drżącymi rękoma popchnął głaz ku wierzchołkowi. Wtedy…

jak zwykle dotychczas, kamień jakimś nadprzyrodzonym sposobem ześlizgnął się w dół i z bardziej niż dotąd złowrogim łomotem zsunął się do podnóża góry.

W pierwszej chwili Syzyf zastygł w bezruchu, zupełnie nie rozumiejąc tego, co się dzieje. W tym samym momencie jednak poczuł, jak serce zaczyna bić mu jeszcze szybciej, jego ciałem wstrząsa niespodziewany dreszcz, a kolana uginają się pod wpływem nieoczekiwanej fali błogości. Ekstaza trwała dokładnie tyle, ile powrotna wędrówka kamienia. Każde odbicie się głazu od innych skał, wywoływało w nim kolejną lawinę nowych zniewalających wrażeń zmysłowych.

Syzyf zrozumiał, na czym polegała łaska Zeusa. Wiedział, że już od tej chwili, będzie czekał na następny dzień, w którym będzie mógł doświadczyć przyjemności zrzucenia głazu w dół.
Jego pozagrobowe życie znowu miało sens. 
   Sens spadania.

      Nadzieja to tak samo dobra matka dla sukcesów jak i rozczarowań…

Anioł odbywając swój patrol, każdego dnia widział bezdomnego mężczyznę. Człowiek ten codzień mozolnie zbierał grosiki na tanie wino, potem upijał

się i tak otulony wyziewami alkoholu, ciężko płakał nad swym losem.

Jakoże anioł dostrzegał więcej niż ludzie, rozumiał dlaczego do tego doszło. Wiedział, że ten śmiertelnik od nikogo nic dobrego nie otrzymał i nigdy nie miał

szansy poznaćsmaku innego życia.

Często pochylał się nad leżącym półprzytomnym nieszczęśnikiem i próbował go pocieszyć. Mężczyzna jednak był zbyt wściekły i zrozpaczony, aby odebrać te

subtelne sygnały.

Anioł nie wiedział jak jeszcze może pomóc biedakowi. Tak bardzo chciał mu coś dać.

Wreszcie stwierdził, że ofiaruje mu jedyną rzecz jaką posiada – swoje skrzydła. Miał nadzieję wzbudzić w pijaku uczucie,, że komuś naprawdę na nim zależy

A on  znajdzie wtedy w sobie siłę, by coś zmienić…. może nawet spróbuje wznieść się na tych skrzydłach do samego nieba… W końcu anioły równie dobrze mogą chodzić na piechotę…..

A może niebieskiwładca wynagrodzi mu ten dar jakimś awansem….?

Kiedy mężczyzna spał, anioł zdjął skrzydła i przymocował mu je.

……..

……….

Od tej pory bezdomny beztrosko fruwał pomiędzy budynkami i wykradał alkohol z mieszkań i sklepów, wlatując przez uchylone okna.

Nie musiał już żebrać. Czuł się dużo dużo lepiej. Taki naprawdę wolny.

Pewnego dnia, kiedy w zupełnym zamroczeniu płynął w powietrzu nad miastem, zaczepił o linię wysokiego napięcia.

Anioł, chcąc nadać resztkę sensu swojemu podarkowi, uprosił Boga, aby cierpienia w jakich mężczyzna umierał, Bóg potraktował jako częściowe odkupienie

grzechów. Dzięki temu pij   ak uniknął piekła.

Ludzie często mówią wiele mądrych rzeczy
co bynajmniej nie przeszkadza im później
w robieniu wielu rzeczy głupich

Nerwica zaczyna być przywilejem
w tych czasach, kiedy u wielu osób problemy mają znacznie głębszą naturę…         

Życie jest jak pudełko czekoladek…
Jedni otwierają pudełka i rozwijają papierki
Inni jedzą czekoladki            
      


  • RSS